2009-06-28 22:42:12 >>
Summer Time!
Sesja minęła. Tak jak przypuszczałam, próbowałam się nauczyć całej immunologii w dwa dni... co mi się nawet nieźle udało, tak samo z resztą jak nauka mikrobiologii w trzy dni. Trochę pracy, trochę wiedzy, trochę szczęścia i dobry humor profesora... oto recepta na wolne, bezstresowe wakacje. A, no i oczywiście czarna spódniczka do kolan, biała bluzka bez dekoltu, buty na obcasach i nie zakładanie nogi na nogę. I choć Was to zaskoczy, co prawda jeszcze nie obserwowałam zachodu słońca, ale spędziłam sporo upojnych chwil na oglądaniu mojego małego Midgar przez okno.
Twardo zdecydowałam, że to będą moje najlepsze wakacje w życiu. Kładę się wcześnie, a wstaję jeszcze wcześniej, bo dzięki temu dni są prawie dwa razy dłuższe, a to znacząco wydłuża całe wakacje. I chociaż minęło dopiero 5 dni, to czuję cię, jakby to były co najmniej dwa tygodnie. I cały czas do mnie jeszcze nie dotarło, że są już wakacje.
To był wariacki tydzień- nie było jeszcze ani jednego dnia, który spędziłabym sama w domu na błogim nic nie robieniu. Ciągle się z kimś spotykam, ciągle ciągam się po sądach i innych równie przyjemnych instancjach.
Co poza tym u mnie? Przeżywałam niedawno okres powtórnej fascynacji Leonem S. Kennedym, przeżywałam też podobny okres w kwestii Vergila... ale nie Ioriego. Dało mi to nieco do myślenia. Ciągle mam nadzieję, że to przez brak nowego KoFa, acz gdzieś w głębi mnie zaczyna się czaić obawa, że stałam się na wdzięk (sic!) Yagamiego nieczuła. Również Naked Snake nie miał nawrotów, co może znaczyć, że Rage MGS’a był cholernie silny, acz nie Ultiamte. Okazać się więc może, że w mojej Złotej Trójce (i na mojej ścianie) puste miejsce ostanie się na dłużej niż mi się początkowo zdawało. Z kolei na samą propozycję Ciapy „narysuję Ci Kanedę” przeszedł mnie dreszcz po plecach, a wtórny Rage pojawił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. I doskonale mnie to zmotywowało do skończenia zaległego prezentu dla Miyi, żebym ją z czystym sumieniem mogła męczyć „narysuj mi Kanedę!”. To by znaczyło, że z mojej Srebrnej Trójki Kaneda wysuwa się na prowadzenie w pogoni do awansu. A to by mi źle wróżyło, bo nie posiadam żadnego kolorowego arta Kanedy, którego jego twórczyni uznałaby za godnego wyszycia, a wyszywać mam coraz większą ochotę. Całe szczęście mam coś, czy mogłabym zaspokoić moją żądzę wyszywania, nim rywalizacja o miejsce w Złotej Trójce zostanie rozstrzygnięta.
A jeśli już jesteśmy przy facetach mojego życia, to skończyłam wczoraj czytać Eyeshielda 21. I to skończyłam skończyłam- w sensie, seria się skończyła. Pozostawiło mnie to w głębokim szacunku do Shina, acz ze sporym jego niedosytem. Szczerze powiedziawszy, nie planowałam tej serii kończyć w taki sposób, ale stało się. Mogłam to jakoś lepiej rozegrać, to może powstałoby z tego drugie Avatars Night...
Wiem, zaszalałam z tymi dwoma wpisami w tak małym odstępie czasu- cieszcie się, bo teraz przez długi czas nie będę prawdopodobnie nic tu wrzucać. Zaczyna się najbardziej wariacka część moich wakacji...
skomentuj (0)
2009-06-14 22:59:36 >>
Through our strength we'll make a better day tomorrow
I przyszła sesja. Jak co pół roku, zrobiłam się sentymentalna. Marzy mi się, żeby usiąść na balkonie i oglądać zachód słońca bez żadnych zobowiązań wiszących mi nad głową. Chociaż dobrze wiem, że gdy sesja się skończy, i tak nie będę oglądać zachodów słońca. Mimo to im bliżej jest pierwszy egzamin, tym bardziej pragnę tu i teraz zachwycać się chmurami i podziwiać kwitnące topole.
Gotową mam już listę rzeczy, które będę robić w wakacje. Żyję praktykami, spływem, wyjazdem odo Krzyśka i spotkaniami towarzyskimi, na które od tak dawna nie miałam czasu, a które planuję odbyć niedługo. Jednocześnie mam wrażenie, że wszystkie wydziały oprócz mojego, mają już wakacje. Żeby nie patrzeć na opis Lidki, radośnie oznajmujący o jej skończonej sesji, w gg wyłączyłam opcję pokazywania opisu pod kontaktem. Gdzieś na granicy świadomości majaczy mi poczucie, że świat jest niesprawiedliwy. To jest jedna z tych cech, których w sobie najbardziej nie lubię- to ciągłe robienie z siebie niewinnej ofiary, na którą cały wredny i zły świat się uwziął i którą ciągle bez powodu męczy.
Pluję sobie w brodę, że mogłam być już po sesji a przynajmniej byłabym za 3 dni- wystarczyło mikrobiologię przełożyć sobie na 8 czerwca, a immunologię na 12- wtedy immuny przesunęły by się na 17, a ja teraz nie miałabym noża na gardle i nie starałabym się nauczyć całej mikrobiologii w 3 dni, co, nie ukrywajmy, nie jest możliwe do wykonania. Chociaż... ja nie umiem się przecież uczyć bez noża na gardle i starałabym się pewnie nauczyć całej immunologii w 2 dni (co też jest niemożliwe). Jakby nie było, nikt tak nie potrafi marnotrawić czasu jak ja- szczególnie w sesji. Nie mam zielonego pojęcia, gdzie podziało się tych 9 dni, która miałam poświęcić na dogłębną naukę mojego ulubionego przedmiotu. Jeśli ktoś chce, mogę mu udzielić kilku korepetycji w kwestii marnowania czasu- czekam na zgłoszenia...
skomentuj (0)
2009-04-11 01:39:02 >>
Stara miłość nie rdzewieje...czyli na fali uzależnienia
Już zapomniałam ile szczęścia i radości mi to daje... Oni dają... On daje... whatever. Zapomniałam, jak bardzo można w tym utonąć i jak wszystko inne przestaje się wtedy liczyć. Nie pamiętałam, że można przez cały dzień pełen nudnego sprzątania radośnie skakać i śpiewać tylko dlatego, że wiem więcej niż wiedziałam i że Kaneda mi się przyśnił.
Powiadają, że stara miłość nie rdzewieje- święta prawda. Przynajmniej, jeśli chodzi o pewne moje stare miłości, a ta do Kanedy z pewnością do takich należy.
Zostałam ostatnio zaszczycona usłyszeniem całości historii, co spowodowało, że jestem teraz niesamowicie dumna, że spotkało mnie to wyróżnienie a jednocześnie ciągle szczęśliwa jak głupek, z przerwami na nachodzące mnie mroczne przemyślenia i substytuty z głębokimi depresjami w roli głównej. I chciałabym się wszystkim podzielić, ale wszystko wymaga choć względnego dopracowania. A w szufladzie i w archiwum rozmów na gg z Miyą-san znalazłam coś, czym jeszcze bardziej chciałabym się podzielić, bo chyba zbliżam się do rozwiązania zagadki codename „A-s”. Jestem w bardzo twórczym nastroju, ale ilość zaległych rzeczy do tworzenia przekracza moje zdolności twórcze. I pluję sobie w brodę, że wszystko odkładam jak się da, ale wyboru nie ma- pewne rzeczy trzeba robić pokolei.
Mój status to 1/7/21/-. Dam znać, kiedy znacząco się zmieni.
Przeszperałam dwa archiwa gg i przeczytałam każdą konwersację, w której występowało magiczne słowo- klucz. Nie raz uderzył mnie poziom desperacji, jaki wtedy wykazywałam. Uderzała mnie też głupota niektórych wypowiedzi i cierpliwość moich rozmówców. Zaskakiwało mnie, że wtedy też miałam tyle pytań, ile mam w tej chwili i że bez wahania wszystkie zadawałam. A to, co najbardziej mnie przeraziło, to że w niektórych rozmowach brzmiałam jak narkoman na głodzie/haju. Pewnie za kilka lat ten wpis też tak właśnie mi będzie brzmiał.
Znowu piszę nieskładne notki, a to nieodmiennie znaczy, że jestem w głębokim Rage’u.. I wcale mi nie przeszkadza, że nikt z Was nie zrozumie pewnie ani słowa z tego, co tu napisałam, bo ten wpis jest przede wszystkim dla mnie, żebym miała gdzieś ślad po tej euforii, w której teraz jestem. Może kiedy trochę mi się umysł rozjaśni, napiszę coś bardziej sensownego.
Na koniec dwie rzeczy:pierwsza- snucie substytutów jest tym trudniejsze, im więcej się wie, bo trzeba się przynajmniej starać wpasować we wszystkie znane realia. Druga- wyjątek z jednej rozmowy, który przyprawił mnie o łzy, kiedy go dzisiaj przeczytałam (a w momencie, kiedy go pierwszy raz przeczytałam, spowodował zakrztuszenie się) „*Arashi! Kaneda! Arashi! Kaneda! Arashi! Kaneda!* Shin: ty, rudy, bijemy się w końcu? pół dnia już tak czekam”
skomentuj (2)
2009-03-17 23:55:43 >>
And so it is. Just like you said it should be.
Był chłodny, wilgotny poranek. Słońce nie zdążyło jeszcze wysunąć się znad linii horyzontu, a ptaki głęboko pogrążone we śnie, spały w swych gniazdach. Nad brzegiem rzeki leżał wciąż śnieg, choć kalendarzowa wiosna miała się rozpocząć już za niecały tydzień. Cały las pogrążony był w ciszy.
Mizushi szła na bosaka, brodząc po kostki w płytkiej, lodowatej wodzie tak dobrze jej znanej rzeki. Zimno rozchodziło się od jej skostniałych stóp po całym ciele, od czasu do czasu wstrząsając ją dreszczami, ale dziewczynie to nie przeszkadzało. Lubiła chodzić po kamienistym dnie i powtarzała to jak rytuał powitania wiosny co roku, gdy tylko zimowe mrozy zelżały na tyle, by to poczuć. Ale nie kończyło się na brodzeniu w rzece- od kilku lat, kiedy nad jej życiem zaczęła przyświecać pewna Gwiazda, Mizu robiła więcej zwariowanych i spontanicznych rzeczy, niż kiedykolwiek w życiu.
Zza zachodniego krańca horyzontu wytoczyły się ciężkie, burzowe chmury przy akompaniamencie odległego grzmotu. Przebudzona jaskółka oknówka śmignęła tuż obok głowy Mizu, a rosnące w pobliżu tojady mocne zatańczyły na nagłym, porywistym wietrze. Serce dziewczyny ścisnęło się w przypływie złych przeczuć. Nie to, żeby bała się ona burzy- wręcz przeciwnie, zazwyczaj uwielbiała moknąć na deszczu i chłonąć burzę każdą cząstką siebie. Nie była to też kwestia znalezienia schronienia przed deszczem, w którym mogłyby z Hoishihi porozmawiać, gdy zaraz się spotkają... po prostu coś było nie tak. Cisza lasu zdawała się wręcz nienaturalna. W powietrzu wisiał nastrój oczekiwania.
-Co się dzieje?- zapytała Mizushi rzeki, ale nie otrzymała odpowiedzi. To było dziwne- rzeka zawsze odpowiadała, tym razem zaś nawet uspokajający szum nie rozwiał uczucia niepokoju.
Dziewczyna przyspieszyła kroku. Coś wisiało w powietrzu i jak najszybciej chciała o tym porozmawiać z Hoi. Poślizgnęła się dwa razy na mokrych kamieniach dna, ale za każdym razem udało jej się odzyskać równowagę. W końcu wyszła na brzeg i zaczęła biec wzdłuż rzeki w kierunku wodospadu.
Atmosfera zdawała się gęstnieć. Burza zbliżała się szybko, a gęste, ciemnoszare chmury zalegające na niebie przytłaczały las, barwiąc wszystko na szaro-żółty kolor. Trucht Mizushi po chwili przeszedł w sprint. Im bliżej była wodospadu, tym szybciej biegła. Miała wrażenie, jakby wszystkie te złe przeczucia i cały niepokój miały odejść, jeśli tylko dotrze do umówionego miejsca spotkania i porozmawia z Hoishihi.
Gdy jednak tam dotarła, serce Mizu zamarło na chwilę. Nad wodospadem nikogo nie było. Podczas ich długiej znajomości, Hoishihi czasami spóźniała się na spotkania, ale tym razem to było coś innego- Mizu dałaby sobie rękę uciąć. Zawołała kilka razy imię przyjaciółki, gorączkowo myśląc, gdzie jej szukać. Jedyną odpowiedzią, jaką otrzymała, był szum lasu szarpanego coraz to silniejszym wiatrem.
Nie zastanawiając się długo, Mizushi ruszyła na północ. –Może na wzgórzu!- myślała pośpiesznie, biegnąc co tchu w płucach, a kiedy i tam nie znalazła Hoishihi, zaczęła przeszukiwać inne ich wspólne miejsca. Gdy ani przy powalonym drzewie, ani na polance pokrytej w lecie poziomkami, ani na skarpie poszukiwania nie dały rezultatu, pozostało już tylko jedno- polana, na której spotkały się po raz pierwszy.
Powietrze gęstniało z każdą chwilą, osiągając poziom niemal nie do wytrzymania, ale droga do polany nie była długa, a Mizushi potrafiłaby ją przejść z zawiązanymi oczami. Nie minęło więc wiele czasu, gdy przekroczyła ostatnią linię drzew i stanęła na jej skraju, zaskoczona rozciągającym się przed nią widokiem.
Polana była niewielka, ale w całości porośnięta ciemnozielonym mchem i upstrzona małymi, leśnymi kwiatkami-zjawisko fenomenalne jak na koniec zimy. Na dodatek rosnący na środku jaśmin kwitł jak za pierwszym razem, gdy Mizu go zobaczyła kilka lat temu. Tu również nie było Hoishihi. Porywisty wiatr nie był w stanie przedrzeć się tu przez gęste drzewa otaczające polanę, przez co całe to miejsce sprawiało wrażenie martwego i pustego- wrażenie pustki potęgował brak tej wyjątkowej osoby, którą Mizushi spodziewała się tu spotkać.
Mizu niepewnie wkroczyła na miękki dywan z mchu i podeszła do jaśminu. W chwili, gdy dotknęła jego chropowatego pnia, słońce pojawiło się na horyzoncie, opromieniając polanę czerwonym światłem, przez co wyglądała, jakby płonęła. Światło zaigrało przez chwilę w kroplach rosy, by po chwili zgasnąć, zakryte przez burzowe chmury. Wraz z nim opadł nastrój oczekiwania lasu i niepokój z serca Mizu, a burza, która chwilę potem rozdarła niebo, obmyła las, polanę, jaśmin i stojącą przy nim dziewczynę. Nic jednak nie było w stanie spłukać bólu, jaki zagościł w sercu Mizushi w miejsce niejasnej obawy.
- Rozumiem.- wyszeptała w przestrzeń w odpowiedzi na niemą opowieść jaśminu.- Wróciła do domu...
Mizushi przygryzła wargę, starając się zdusić w sobie wszystkie emocje, po czym uniosła głowę i spojrzała w niebo, choć grube chmury i światło dzienne uniemożliwiały dostrzeżenie jakichkolwiek gwiazd-„Przyjaźń? To wspaniałe”, tak?- wyszeptała
***
Może nie nadaję się na kółko literackie, ale to jestem w stanie dla Ciebie napisać.
skomentuj (0)
2009-02-16 01:06:18 >>
I've got something in my throat I need to be alone while I suffer
Miał tu być wpis przedsesyjny, w którym opisałabym, jak strasznie się biochemii boję, miał być wpis posesyjny, w którym zawarłabym całą radość wynikającą ze zdania biochemii, dziękczynienie za cud i szczęście nie do opisania z powodu czekających mnie ferii, miał być wreszcie wpis feryjny, w którym szczęście spowodowane feriami byłoby drążone i opisywane ze wszystkich możliwych stron. Żaden z tych wpisów jednak nie powstał- właściwie nie wiem czemu. Pozostaje mi więc zrobić wpis poferyjny, gdzie mogę opisać tylko moje odczucia co do zbliżających się na powrót studiów i refleksje co do minionych ferii. Ale czy na pewno tylko to?
To były najszczęśliwsze ferie w moim życiu- głównie dlatego, że nie spodziewałam się, że w ogóle będę je miała- nigdy nie docenia się czasu wolnego tak bardzo jak wtedy, gdy dostajesz go od niebios niejako w prezencie. Minęły mi szybko początkowo pod znakiem załamki, bo znowu się okazało, że jestem beznadziejna i nie umiem się zmobilizować do wstawania o 6 i biegania oraz paru innych rzeczy. Czymże jest wchodzenie po schodach na 9 piętro wobec takiego biegania?! Gdyby mi się to udało, wtedy dopiero dziewczyny miałyby powód, żeby się bulwersować! Poza tym nie zrobiłam prawie niczego z tego, co sobie założyłam, a choć cały czas wypoczywałam, nie powiem, żebym wypoczęła szczególnie mocno. Było wiele Shina i amerykańskiego footballu, ale nawet to nie dało mi wystarczającej motywacji. Noc u Moniki najprościej mogłabym określić w ten sposób: „Ukażę Cię w imieniu księżyca w 4 ruchach! I kurewsko z gry 4 razy, dwie rączki w jedną, dwie rączki w drugą, cztery klaśnięcia i znowu! A potem wiiiii! Tańczymy na dyskotece... o nie, zbliża się brzydki chłopak! Wiatrakiem go, a potem fatality! Chillreederskie skoki, że nam się udało, Squalowa zawiecha- nie powinnyśmy tego robić... nonono! Uff, gorąco, mucha przyleciała. Kurcze mieliśmy robić nonono, to teraz mocniej! I cieszymy się , że nam się udało, dziękujemy Bogu, przyjmujemy Boga do serca. Bóg jest zły! Zły, zły, pierzemy (żeby go oczyścić), pierzemy, chwytamy i walimy o glebę. Wyżynamy w dół i w górę, ale z nas krejzolki, że to zrobiłyśmy. Ofiarujemy swoje serce, potem z przekrokiem, a że mamy serce na wierzchu, to je dwa razy dziabiemy nożem... nonono, nie wolno! Musi być sprawiedliwość. Mizumachi płynie... wir! Leci samolot, ląduje...trzeba było nie nurkować”. Pytanie za sto punktów- kto zgadnie, czego to było opis? ;)
***
Jednym z moich poważniejszych zmartwień jest fakt, że zawsze orientuję się, że tonę w bagnie kiedy już w nim jestem zanurzona po szyję i nie jestem w stanie się z niego wydostać. Nie pomyślę wcześniej „ten teren wydaje się podejrzany, lepiej na niego nie wchodzić- to może być bagno, mogę w nim utonąć”, o nie! Tak jest i tym razem. A przecież mogłam przewidzieć, że jeśli zacznę swoją przygodę z MGS od prequela, w którym gra się innym bohaterem niż w pozostałych częściach, to może się zdarzyć, że owy bohater po trupach, którym podrzynał gardła za pomocą CQC, znajdzie drogę do mojego serca. Mogłam to tym bardziej przewidzieć w momencie, kiedy dowiedziałam się, że traci oko. I choć zaskoczyło mnie parę innych rzeczy jak zabójczy charakter, TEN osławiony przez wszystkich głos i dreszcze przebiegające po plecach przy spojrzeniu w jego niebieskie oczy/oko, to mimo wszystko mogłam być bardziej ostrożna. Teraz moja sytuacja jest dramatyczna, co tu dużo mówić- choć dopiero co zaczęłam moją przygodę z tą serią, skazana jestem na dalsze życie bez nadziei na zaspokojenie potrzeby patrzenia na nowe Jego odsłony, bo jest on z góry przez chronologię uniwersum zdefiniowany jako stary mężczyzna, na dodatek antagonista. To tragiczne- oglądając przeszłość zaczynać się... zauraczać(?) z jednoczesną świadomością teraźniejszości.
Rage? Nie wiem, wszystko działo się tak szybko. Za szybko. Nie miałam czasu przechodzić przez normalne stadia Rage’a i już było po wszystkim. Nie zdążywszy rozpalić iskry, mimo że padła na bardzo podatny grunt, zostałam postawiona tuż przed końcem i byłam pewna jednego- nie chcę się ograniczać. I kiedy Krzysiek zostawił sprawę niedokończoną i ostatni boss (a właściwie The Boss) uszedł z życiem, nie pozostało mi nic innego, jak dokończyć dzieła. Teraz jestem pusta- gdyby przyjęli mnie do Cobras w takim stanie, zapewne dostałabym przydomek The Void, choć czuję też The Pain. Obojętnie w jak głębokiej rozpaczy by mnie nie zostawia ta gra, jak bardzo bym nie cierpiała, to z przyjemnością przeżywam każdą chwilę tego stanu, bo ten ból powoduje, że czuję, że żyję. Jest niczym w porównaniu z prawdziwym bólem, ale i tak dzięki niemu to czuję.
To teraz może odrobinę mniej chaotycznie o MGS3. Wrażenia? Nie do opisania. Naprawdę. Cześć demek sprawiała wrażenie... nie wiem. Jakby była... nie taka... Nie znaczy że zła, ale jakbym nie rozumiała koncepcji- nie samej akcji, ale sposobu realizacji. W pewnych momentach mimowolnie nasuwały mi się myśli typu „Boże, widzisz i nie grzmisz!?” albo „What were they thinking?!”, były momenty dosłownie przeładowane skrajnymi emocjami, a twórcy gry zdawali się czerpać przyjemność z zabawy moimi uczuciami- budowali jakąś ideologię, w którą zaczynałam szczerze wierzyć, po czym nagle ustami jakiejś postaci niezależnej stwierdzali „a wiesz, to wszystko było kłamstwem”. Wszystko to zrobiło na mnie naprawdę duże, paradoksalnie, pozytywne wrażenie i pozostawiło mnie w przekonanie, że w życiu nie grałam w nic podobnego. Wrażenia z gry nie do porównania i zastąpienia przez oglądanie gameplayu na youtube, serio! Wydawałoby się, że to żadna różnica patrzeć jak ktoś gra na Twoim telewizorze a patrzeć, jak ktoś nagrał swoją grę i wrzucił na neta, ale różnica kolosalna, przynajmniej moim zdaniem.
A Ocelot to idiota, ale nazwa „idiota” wymawiana jest tu z ciepłym uśmiechem na ustach i roziskrzonym wzrokiem. Naked Snake jest poza skalą oceny, tak więc pisać nic o nim tutaj nie będę, a The Boss... The Boss jest wyjątkowa. Naprawdę udało się osiągnąć twórcom gry efekt mentora- kiedy z reguły nie lubię żeńskich postaci we wszystkich grach, albo ewentualnie sama się zmuszam, żeby jakieś lubić, The Boss darzę głębokim szacunkiem- to niesamowita, silna kobieta, utalentowany żołnierz i prawdziwa patriotka. Nie tylko relacje Snake’a z nią są ciężkie do zamknięcia w jakichkolwiek ramach, ale także moje.
A żeby na koniec uczynić ten wpis bardziej chaotycznym, parę przemyśleń. To nieludzkie w środę od razu po feriach robić koło- zabójcę i powiadamiać, że te koło będzie 4 dni przed nim.. To niehumanitarne robić pod rząd 12 godzin wykładów z przerwami najwięcej półgodzinnymi. To niesprawiedliwe, jak potraktowali The Boss i wcale się Snake’owi nie dziwię, że zdecydował się zmienić strony i gdyby MGS3 był częścią pierwszą, mogłabym liczyć, że postać Naked Snake’a rozwiną lepiej... i pewnie by to zrobili.
skomentuj (6)
2008-11-11 22:36:49 >>
It's alright and it's nice not to be so... alone
I tak oto stało się- jestem stara. A biorąc przykład z Neko Dragonee, która podjęła się karkołomnej próby pisania na swoim blogu regularnie, podejmuję wyzwanie i też postaram się systematycznie tu coś wrzucać... przynajmniej względnie systematycznie... To znaczy, częściej niż raz na pół roku :P
Urodziny przebiegły mi pod znakiem zaskoczenia- nie zawsze pozytywnego. Nie spodziewałam się w sumie, że spędzę je z tyloma ludźmi i że tyle ludzi spotkam osobiście. Zaskoczyły mnie te tłumy- z jednej strony bardzo miło, z innej... z innej brakowało
mi takiej intymności z tymi najbliższymi, spotkania w ciepłej atmosferze z tak zwanymi bratnimi duszami. Ale nawet gdy tłumów nie było, ciepła atmosfera z bratnimi duszami ziała niejako ziąbem.
Znacie te uczucie, kiedy wszystko co robicie, jest źle? A kiedy staracie się pamiętać o błędach, które popełnialiście i się poprawić, jest jeszcze gorzej? Byliście kiedyś w sytuacji, w której siedzieliście w pomieszczeniu z dwoma bliskimi Wam osobami... a atmosfera była tak gęsta, że dało się ją ciąć nożem i tak zimna, że na włosach osadzał się Wam szron? A kiedy z pokoju wychodziliście, pozostałe dwie osoby rozmawiały i śmiały się normalnie? Czuliście się kiedyś skrępowani przy jednej z niewielu osób na świecie, przy której do tej pory zawsze byliście otwarci do granic możliwości? Ta ostatnia rzecz do tej pory
zdarzyła mi się raz. Przeraża mnie myśl, jak się to wtedy skończyło.
Tak mniej więcej przedstawiał się początek urodzin. A potem zwaliły się tłumy, co rozładowało nieco napięcie, za co jestem tym tłumom niezmiernie wdzięczna. I tylko wieczorem usiadłam samotnie z ostatnią szklanką absyntu w rocznicę dnia, kiedy go
dostałam, zapatrzyłam się w płomień świecy, zasłuchałam w pewną ważną dla mnie piosenkę i pozwoliłam na chwilę gorzkiego wspominania tego, co jak by się wydawało, zdarzyło się całe wieki temu.
Z pozytywnych akcentów tego dnia mogłabym wymienić robienie swojego własnego urodzinowego ciasta, które wyszło wielkie i ciężkie, ale całkowicie bezstresowe ozdabianie go tym, co mi w danym momencie grało w duszy, dało mi naprawdę wielką frajdę. Poza tym pierwszy raz w życiu dostałam różę od faceta, który nie był Tomkiem, w moim pokoju zagościło 14 ciach na małej przestrzeni (tzw. Ciacha w PigułceTM :D) a wieczorem spec od drinków postawił mi drinka i zrobił nam długi wykład o poprawnym drinków podawaniu. I dostałam dwa fajne smsy z życzeniami- w jednym zostałam odmłodzona i poczułam się odrobinę mniej staro (mimo wszystko końcówka "naście" brzmi znacznie lepiej, niż "dzieścia", prawda?), a drugi był od koleżanki z grupy, która spróbowała byś pierwsza i praktycznie jej się udało ;)
Do tych nie zawsze przyjemnych zaskoczeń należy fakt, że była to jedyna koleżanka z grupy, choć uważałam za bliższe jakieś 5 osób i o ich urodzinach pamiętałam. Poza tym nie spotkałam się z Neko, co w sumie nie było takim zaskoczeniem, bo podświadomie się tego spodziewałam, ale było smutne o tyle, że się zdążyłam stęsknić, a narobiono mi nadziei, że tęsknota zostanie ukojona. Największym jednak zawodem dwudziestych urodzin było to, że inna bądź co bądź bliska osoba zupełnie zapomniała, co zabolało mnie bardziej, niż chciałabym przyznać.
***
Od tego roku twardo postanawiam obchodzić urodziny przez dwa dni pod rząd :D Wydarzenia z dnia po urodzinach były bowiem tak rozgrzewające serce, tak przyjemne i szczęśliwe, że zapragnęłam je włączyć do urodzinowych wspomnień- co z resztą mi się
udało, po krótkiej chwili przekabacania swojego umysłu na odpowiedni tor myślenia :P Niby nic szczególnego, ale ten dzień miał w sobie coś z mojego pierwszego pobytu na Skrzetuskiego z pewną dozą wrażeń z pewnej wrześniowej nocy (konkretnie, z 17-18 września 2005). Robiłyśmy z Ciapą sushi i choć fachowiec nam wymiękł, bawiłyśmy się naprawdę świetnie... a potem wymiękł też Towarzysz Hobbit i zostałam sama na placu boju, ale że sushi nie wyszło złe, to w większości podołałam. I był jeszcze Kuroki(który jest klasą sam w sobie :P), pocałunek Nodame (co zwalił mnie z nóg momentem, w którym zaistniał) A nade wszystko the Lion i życzenia lwiego życia od kochanej Tenci. Wszystko to sprawiło, że jestem dzisiaj po prostu szczęśliwa. Dziękuję Wam za to!
skomentuj (0)
2008-10-01 23:35:40 >>
Looks like my summer vacation is...over.
Wiele się w moim życiu ostatnio dzieje, wiele chciałam tu już opisać i wiele razy siadałam z otwartym okienkiem nowej notki... i jakoś nie wychodziło. Innym razem zbierałam się, zbierałam, myślałam: „muszę walnąć taką a taką notkę na blogu. Opiszę i to, i to... i jeszcze to”, potem albo zapominałam, albo ciągle pamiętałam, a sprawa się przedawniła... I tak raz, drugi, trzeci, w głowie nazbierało mi się tego, co muszę opisać, że mam wrażenie, że zaraz mi się przeciąży. Możliwe, że to będzie najdłuższy wpis na blogu w historii, możliwe też, że znowu nie będę w stanie ubrać myśli w słowa i wyjdzie przeciętnej długości- nie wiem, mniejsza o to...
Zacznijmy więc od tego, co spisałam pewnej nocy, czekając na wschód słońca. Planowałam to przepisać do właściwego pamiętnika, w sumie jednak doszłam do wniosku, że wchodzi tu i tak tak mało osób, że to prawie jakbym pisała tylko dla siebie. Oto więc jest wpis z nocy z 8 na 9 sierpnia.
8-9 sierpnia 2008
Nastał ten dzień, a właściwie ta noc. Moja Avatar’s Night. Nie było żadnych fajerwerków, żadnych Wtórnych wybuchów Rage’a- nic! Właściwie nie wiem, czego się spodziewałam? Że przeżyję znowu to, co rok temu? Że powtórzy się niepowtarzalne uczucie? Może miałam po prostu za duże wymagania? Może na zbyt wiele liczyłam? Okazało się jednak, że najsilniejsze Rage'e wcale nie muszą być Ultimate, obojętnie jakbym tego nie pragnęła. I tak obejrzałam skrupulatnie oszczędzane 8 odcinków Avatara w jednym, dużym miocie, wypiłam 4 kubki jaśminowej herbaty... i nic. Trochę mnie zmuliło, co można zwalić na późną godzinę nocną ( bowiem jest 3:39) czy nawet przedawkowanie herbaty, ale nie jestem gotowa drzeć koszuli na piersi, wyrywać włosów z głowy, nie czuję też, że mogę zrobić wszystko... ba, nawet nie czuję potrzeby robienia wszystkiego. Mimo to dzisiejsza Avatar’s Night coś mi dała. Dała mi bardzo wiele- była dla mnie niczym Ember Island. Pomogła mi zrozumieć siebie, dowiedzieć się o sobie więcej.
Boję się. Boję się, że nadejdzie dzień, kiedy przeminie mój ostatni Rage, kiedy obejrzę wszystko, co najlepsze na tym świecie i Rage nigdy nie powróci. Tego dnia i dalej w przyszłość od niego nic nie przyspieszy mi bicia serca i przestanę wierzyć, że jestem w stanie odczuwać jakiekolwiek silne emocje. Nic nie da mi motywacji do działania, nie da mi kopa i siły, by dążyć do doskonalenia siebie. Możliwe, że ten dzień będzie moim największym zwycięstwem, bowiem będzie to dzień, który zapoczątkuje okres poszukiwania motywacji w głębi siebie. Mimo to boję się i pragnę, by ten dzień nigdy nie nastał.
Czekam na wschód słońca. Patrzę na wschód i czekam, by móc raz jeszcze pójść nad jezioro i wierzyć, że za rok będę lepsza, że czeka mnie coś więcej, niż w rzeczywistości jest mi pisane. Zapatrzę się w słońce odbite od tafli jeziora i będę marzyć, by znowu kiedyś pokochać coś lub kogoś, by odnaleźć drogę do życia w zgodzie ze samą sobą.
*
Co chciałabym zapamiętać z dzisiejszej Avatar’s Night? Snujący się biały dym przy utworze „Tsunagi horn”
***
W sumie, moje drogie przychylne dusze, winnam Wam wyjaśnienia, czymże jest rzeczona Avatar’s Night, gdyż większość z Was zapewne nie zetknęła się z tym terminem. Otóż Avatar’s Night to moje osobiste święto. Święto o niezbyt długiej tradycji, gdyż obchodziłam je dopiero drugi raz, ale ogromnym wpływie na moją osobę. Polega ono w dużym skrócie na zarywaniu nocy z 8 na 9 sierpnia i czekaniu na wschód słońca. Gdy słońce wzejdzie, idę na długi spacer nad jezioro, słuchając pewnej piosenki, która po pierwszej Avatar’s Night tak mi się powiązała nierozerwalnie z tą szczególną nocą, że słucham jej tylko przez te dwa dni i jedną noc w roku. Avatar’s Night jest dla mnie czasem refleksji nad samą sobą, poznawania siebie, punktem odniesienia w czasie, dzięki któremu jestem w stanie sprawdzić jak i czy w ogóle zmieniłam się, czy zbliżyłam się do tego, jaka chciałabym być.
I tak oto 9 sierpnia czyli podczas mojego okresu rozważań udowodniono mi, jaka jestem... napisałabym „beznadziejna”, ale to słowo ostatnio źle mi się kojarzy. Udowodniono mi, jak bardzo się nie zmieniłam przez ten rok. Patrzenie na to bolało piekielnie, ale dobrze się stało, gdyż była to kolejna kropla do mojego dzbana goryczy. Może pewnego dnia dzban się przeleje i wtedy wreszcie zdecyduję się zrobić coś ze sobą i swoim życiem.
***
„Wakacje to cudowna rzecz. Jestem absolutnie wolna, niczego nie muszę robić”- tak chciałam napisać tu na początku lipca. „Moje życie płynie spokojnie i leniwie niczym rzeka o powolnym nurcie, dni zlewają się w jeden. Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że mogę robić co tylko zapragnę. Mogę porządkować notatki- nie muszę, a mogę! Mogę czytać książki z FABUŁĄ, mogę spać do której chcę, a jeśli mi się tylko zamarzy, mogę cały dzień nie robić zupełnie nic. I tylko czasem moje słodkie nic-nie-musienie, moje wolno płynące, leniwe dni... przyspieszają do takich prędkości, że aż mi się kręci w głowie! W jednej chwili błogo rozważam, czym by tu się zająć, jakąż tą przyjemną czynność będę zaraz robić, jeden telefon i chwilę później okazuje się, że następnego dnia wyjeżdżam do buszu 500 km od Olsztyna i że na gwałt trzeba się pakować. Potem przez 5 dni czas płynie jak błyskawica, zwalniając tylko na chwilę w tych momentach, kiedy już nie mam siły wiosłować po Czarnej Hańczy i popychać tego kajaka naprzód i modlę się, żebyśmy już dopłynęli do miejsca noclegowego, a potem znów rusza z kopyta. A potem spływ się kończy i moje wakacje znowu zaczynają płynąć spokojnie, kiedy ja jestem jeszcze hiperaktywna i nastawiona na szybkie życie. Potem się wyciszam i wszystko wraca do stanu wyjściowego. Wakacje są dla mnie jak przejazd kolejką górską. Najpierw powoli wtaczam się pod górkę, by po chwili runąć w ułamku sekundy w dół, krótki podskok adrenaliny i znów przez minutę wtaczam się na górkę”.
Taaak, spływ Czarną Hańczą był cudowny. Nie wiem, czy kiedykolwiek czułam się tak bardzo częścią jakiejś grupy, nie wiem, czy zdarzyło się dotąd, by jakaś grupa zaakceptowała mnie do tego stopnia i ani na chwilę nie odrzuciła i żebym ja przez tak długi okres i w tak dużej grupie nie miała żadnych humorów i nie czuła potrzeby żadnego gocenia się. Chciałabym wszystko z niego zapamiętać, bo poza pijakiem ostatniej nocy wszystko było idealne, jak gdyby rodem wyjęte z filmu. Ta sauna, zakraplana żubrówką, gdzie hartowałam się z grupą chłopaków i Dominiką na wyższej półce, gdzie biczowaliśmy się brzozowymi witkami i z której wybiegaliśmy i skakaliśmy z mostku prosto do Czarnej Hańczy, to było coś, czego mam nadzieję nigdy nie zapomnieć. A gdy cały spływ powoli- osoba po osobie, przekonywał się do kąpieli w jeziorze podczas burzy, a potem płynęliśmy do mostku na przeciwległym brzegu, a nad nami jaśniała cudowna tęcza, zaczęłam się zastanawiać, czy nie śnię. I jeszcze ta szalona kradzież drewna, oglądanie wschodu słońca na śluzie, rozbijanie namiotów w tempie ekspresowym tuż przez burzą. Idealny spływ zakończyliśmy idealnymi kanapkami z ciężko wyproszonym chlebem litewskim i genialnym miodem domowego wyrobu od rodziców Dominiki. To był naprawdę świetny okres w moim życiu.
A potem na bardzo krótki moment, dosłownie na chwilkę trafiłam na wolny nurt rzeki mojego życia, by po chwili runąć z zabójczą prędkością z wodospadu wielkości Niagary, gdzie dwa tygodnie przeminęły jak jeden dzień. Bowiem nastał wtedy Egipt.
Z Egiptu pamiętam tyle, że mogłabym bez przerwy opowiadać przez 4 godziny, ale gdy przychodzi do tego, żeby ten wyjazd streścić, nie potrafię znaleźć słów. Robiliśmy tam tak wiele, że zastanawiam się, jak to wszystko wcisnęliśmy w te dwa tygodnie, które, bądź co bądź, nie są zbyt długim okresem. A jednak- naprawdę leżeliśmy na polu golfowym w środku nocy i oglądaliśmy gwiazdy, naprawdę patrzyłyśmy się z Kasią na Shwaben Haben w sposób tak perfidnie oczywisty, że aż powstało nowe powiedzenie, naprawdę codziennie byliśmy na basenie i niekiedy nawet walczyliśmy o Złote Runo/Poroże Wielkiej Zgody czy grałyśmy w głupie Kasie, naprawdę pływaliśmy na rafie koralowej, płynęliśmy motorówkę (w moim przypadku prawie zawsze było to na dziobie, gdzie gwarantowane były niezapomniane wrażenia fizyczne :P). Naprawdę poszliśmy ciemną nocą na 400-metrowy pomost, żeby z jego końca patrzeć na księżyc i nocne niebo. Każde z tych wspomnień desperacko pragnęłam uchronić od zapomnienia, chciałam zapamiętać każdą minutę, każdą noc w jakuzzi, każdą „pralkę”, każdy zjedzony kawałek arbuza, spanie na atrium, rozmowy z Markiem, samotny wieczór wolności z Moniką i lenienie dup z Kasią, wyjazd do Luxoru, spacery plażą i kąpiel o 1 w nocy ostatniego dnia. Chciałam zapamiętać wszystko, bo ten wyjazd był naprawdę jak sen.
Potem jednak nastały zdarzenia, które zmieniły moje wspomnienia o Egipcie. Zatarły to, co było dobre i sprawiły, że na samą myśl o tamtym wyjeździe chciało mi się wymiotować. Cały sierpień minął pod znakiem ogólnej, dwustronnej depresji przeplatanej napadami apatii i wybuchami wściekłości. Wiele się wtedy zmieniało praktycznie z chwili na chwilę- wahałam się między jedną a drugą stroną, obu starając się pomóc. Chciałam wszystko zwalić na trzecią stronę ale jednocześnie i jego rację dostrzegałam. Pragnęłam się od tego wszystkiego oderwać uwolnić i uciec gdzieś, gdzie nie musiałabym o tym myśleć, ale nie sposób było uciec, gdyż sprawa dotyczyła całego mojego najbliższego otoczenia. Nie miałam z kim o tym porozmawiać, starałam się być silna, żeby swoją siłą wspomagać te, które najbardziej w tych dniach i tygodniach potrzebowały mojej siły. Były momenty, kiedy tej siły brakowało mi dla siebie samej, były chwile, gdy myślałam, że nie dam już rady i nie było wtedy nikogo, na kim mogłabym się oprzeć, bo osoba, która zawsze dawała mi oparcie była jedną z tych, która wtedy oparcia potrzebowała.
Chciałam być lwem. Nosiłam Grivera przez 24 godziny na dobę- pomagał mi znaleźć w sobie pokłady samozaparcia o których nawet nie wiedziałam. Tak bardzo, tak desperacko chciałam w te dni pomagać, a byłam bezsilna. Bez znaczenia było, co robiłam, nic się nie zmieniało. Nie byłam wystarczająco dobra.
W miarę mijania sierpnia było coraz gorzej. 29 sierpnia jak piorun trafiła mnie świadomość co do wydarzeń z 27 sierpnia. Napisałam pól wypełnionej wściekłością notki, potem resztę wściekłości wylałam w rozmowie i nieco ochłonęłam. Notki nie dokończyłam, więc jej fragmentu nie będę tu wklejać. Powiem tylko jedno- momenty, kiedy byłam tak wściekła jak tamtego wieczora , mogę policzyć na palcach jednej ręki. Było ich do tamtej pory 3- pamiętam dokładnie każdy z nich, a te czwarte zdarzenie dołączy do mojej listy i żadną siłą nie będzie dało się wymazać z mojego serca i mózgu pamięci o tej wściekłości ani sytuacji, która tą wściekłość spowodowała. Gdy emocje opadły, z obiema byłam w stanie porozmawiać, dając im okazję, żeby przedstawiły mi swoje wersje wydarzeń i żebym mogła je usprawiedliwić przed samą sobą. I choć mi się to udało, wieczoru 29 sierpnia 2008 roku nigdy nie zapomnę.
Obie przyczyny mojej depresji przeżywały różne stany swoich własnych końców ich światów. Ale jedna z nich staczała się coraz głębiej i głębiej- miałam wrażenie, że spada, a ja wyciągam rękę i nie jestem w stanie jej sięgnąć. Wszystko bym wtedy oddała, żeby wiedzieć w jaki sposób mam skoczyć za nią w tą przepaść i wreszcie sięgnąć ją tą wyciągniętą ręką. Tak strasznie mocno pragnęłam stać się dla niej Sorą, by móc ją wyciągnąć z ciemności, w której przebywała za długo...
To był dziwny miesiąc. Minął w atmosferze oderwania od rzeczywistości- wszystko kręciło się wokoło tej jednej sprawy. Nie miałam czasu knuć, choć gdybym się przyłożyła ze wszystkich sił, jestem pewna, że dałabym radę i urodziny Moniki byłyby może nie mniej stresującym przeżyciem, ale przynajmniej bardziej uporządkowanym i mniej spontanicznym. O urodzinach Kanedy pamiętałam od początku sierpnia, ale gdy przyszły, zorientowałam się że to ten dzień dopiero koło osiemnastej- nie było upieczonej babki, nie było picia absyntu. Chciałam chociaż na blogu coś napisać- machnąć jakieś życzenia na znak, że pamiętam- zaklepałam datę, ale potem dzień mijał za dniem i nie miałam jak już do tego wrócić, więc wycofałam się z tego pomysłu.
Po sierpniu nastał wrzesień, który obfitował w niewiele zdarzeń- życie płynęło leniwie, a te wszystkie wcześniejsze wyjazdy i emocje wycieńczyły mnie do tego stopnia, że na cały miesiąc zaplanowałam siedzieć w domu i robić tylko przyjemnie rzeczy. Przełamałam się i na weekend pojechała do brata ciotecznego, co początkowo uważałam za stracone dwa dni a wakacji, a potem zaś okazały się one być miłą odskocznią od życia codziennego i przyniosły jedną ogromną zaletę- odświeżyły odwieczny, acz zapomniany Rage X-Men. Poznałam też jedną z moich największych porażek życiowych... w sumie na daną chwilę największą porażkę... i raczej nie poznałam, a uświadomiłam sobie, patrząc na nią przez pryzmat Wolverine’a. Nie wyszło mi planowane od roku spotkanie z kochaną Tencią- które, z doświadczenia wiem, zwykło ratować nieudane wakacje, a udane musiałoby w znaczący sposób ubogacić. Pewna osoba zaczęła mnie w znaczący sposób denerwować, po czym zobaczyłam ją w innym, niekoniecznie lepszym świetle i, pomijając moją irytację, zabolało mnie, że jednak jest ona taka jak wszyscy. Poważnie odbiła się na mnie wada innej osoby, ale byłam tego dnia zbyt zmęczona, by się z nią kłócić. Z pewną osobą rozmawiałam za mało i przez to zaczęłam zapominać o jej istnieniu, inna zaskakuje mnie odzywając się w najmniej spodziewanych momentach i promieniując radością i szczęściem, kiedy wcześniej zdawała się największym wampirem energetycznym, jakiego w ogóle znałam. Trzem osobom wiszę prezenty urodzinowe, z czego części dwóch z tych prezentów czekają tylko na akt wręczenia.
Od dłuższego czasu balansuję na skraju powtórnego wybuchu Jakowego Rage’a i jedyne co mnie przed tym powstrzymuje, to brak jakiegoś nowego paliwa, od którego mogłoby się zacząć. Jem mnóstwo morsko-słonych lodów. Od tygodnia się remontuję. W domu panuje śmierć, chaos i pożoga, a remont pochłania całą moją uwagę. Nic nie ma tam, gdzie być powinno, wszędzie jest syf, brud i bałagan. Przykro mi poświęcać na to ostatni tydzień wakacji, w szczególności, że już drugi raz, wzorem Roxasa, Haynera i spółki, chciałam pod koniec wakacji zrobić wypad nad morze... i już od dwóch lat, wzorem wyżej wymienionych, mi się nie udaje.
Tak wyglądały moje wakacje. Z perspektywy czasu znowu przyjemnie i z łezką wzruszenia wracam pamięciom do wspomnień o Egipcie, czytam egipskie teksty i ściska mnie w gardle. I, ku mojemu zdziwieniu, zaćmiło wspomnienia o spływie, które kiedyś wydawały mi się szczęśliwsze. Sierpniowe doły rozmyły mi się w pamięci jak sen, który umyka tuż po przebudzeniu i wbrew przesłanką rzeczywistości wydają mi się równie jak sen nierealne. Przestałam być już potrzebna obu w ten sposób, w jaki byłam potrzebna w sierpniu, nie muszę być już cały czas silna i tylko pragnienie pomocy pozostało, choć nie mam już komu pomagać. Z trzecią stroną wszystko się ułożyło, choć i tak mam wrażenie, że nawet koleżeństwa z tego nie będzie i wbrew zapewnieniom kontakt nam się zerwie przy pierwszej lepszej okazji. Nawet jedna z dwóch stron- ta bardziej zwaśniona, ułożyła sobie wszystko ze stroną trzecią, co prawda po tym starała się wybić z ciernia głęboko wbitego w moje ciało, co zabolało trochę, ale nie tak bardzo jak by mogło. W końcu jestem do takich rzeczy już przyzwyczajona i i tak ją przed sobą usprawiedliwię. Na osobę, której wada się na mnie odbiła, złość mi przeszła i żałuję teraz, że nie zdążyłam tej sprawy wyjaśnić, zanim ta osoba wyjechała do Torunia i że przed tym wyjazdem nie udało mi się z nią jeszcze spotkać. Jutro zaczynam na powrót studia i choć boję się tam wracać i boję się egzaminu z biochemii, to w obliczu pogromu, jaki spowodowała sesja poprawkowa w mojej grupie, naprawdę się cieszę, że mogę jednak wrócić.
Siedzę i jem ostatnie morsko-słone lody w tym roku, kiedy upływa ostatnia godzina letniej przerwy. Wygląda na to, że to koniec moich wakacji
skomentuj (3)